XXIII Mistrzostwa Świata w USA, Meksyku i Kanadzie miały być świętem futbolu w nowym, rozszerzonym formacie. 48 reprezentacji, 104 mecze, trzy kontynenty na jednej mapie turnieju. Tymczasem to, co zapamiętają kibice z całego świata, to nie rekordowa liczba bramek ani debiuty outsiderów, ale seria upokorzeń zespołów, które jeszcze przed pierwszym gwizdkiem uchodziły za pewniaków światowej piłki. Brazylia, Niemcy, Holandia. Faworyci, którzy brzmią jak gwarancja awansu, pożegnali się z turniejem wcześniej, niż ktokolwiek śmiał przewidzieć. I co najbardziej dziwi, nie zawsze ulegli rywalom równym sobie. Często przegrali z tymi, których statystyki przed meczem umieszczały zdecydowanie poniżej wszelkich oczekiwań, a faworyci byli ustawieni do pole position w tych starciach.
Historia milczy po raz pierwszy od 96 lat
Warto przypomnieć skalę tego, co wydarzyło się na amerykańskich boiskach. Po raz pierwszy od inauguracji mundialu w 1930 roku ani Brazylia, ani Niemcy nie znaleźli się w gronie ośmiu najlepszych reprezentacji turnieju. To wydarzenie bez precedensu. Przez wszystkie poprzednie 22 edycje przynajmniej jedna z tych dwóch piłkarskich potęg meldowała się w ćwierćfinale. Tym razem obie pożegnały się z imprezą wyjątkowo wcześnie.
Niemcy odpadli już w 1/16 finału po dramatycznym meczu z Paragwajem zremisowanym 1:1, a później przegranym w karnych 3:4. Paragwajczycy awansowali z 3. miejsca w grupie D, ze stratnym bilansem bramkowym. Właśnie ta okoliczność sprawia, że porażka Niemiec boli podwójnie. To pierwsza w historii porażka reprezentacji Niemiec w serii rzutów karnych na mundialu. Dotąd wygrali wszystkie cztery takie próby, zaczynając od legendarnego konkursu z Francją w 1982 roku. W Bostonie Niemcy posiadali piłkę przez ponad 70% czasu, oddali 21 strzałów, a mimo to grali schematycznie, a rywale bez trudu rozbijali ich ataki. Kai Havertz wyrównał w 90. minucie. Decydującego gola z jedenastu metrów zdobył obrońca Paragwaju Jose Canale. W tamtym meczu Manuel Neuer czterokrotnie został wymanewrowany.

Holandia żegnała się z turniejem w identyczny, bolesny sposób. Remis 1:1 z Marokiem, porażka w karnych 2:3. „Oranje” prowadzili jeszcze w doliczonym czasie drugiej połowy, a niecałe pół godziny później pakowali walizki. To już trzeci raz, gdy Holendrzy odpadają z mundialu, nie przegrawszy żadnego meczu w regulaminowym czasie ani po dogrywce, od czasu Argentyny w 2014 i 2022 roku. Holandia została pierwszą reprezentacją w historii, która aż trzykrotnie pożegnała się z mistrzostwami świata w ten sposób.
Chłodna kalkulacja: samo posiadanie nie wygrywa meczów
Jak się okazuje, porażki gigantów nie są serią pechowych wydarzeń, lecz odzwierciedleniem głębszej zmiany w światowym futbolu. Paragwaj pod wodzą Gustava Alfaro rozegrał mecz życia. Kompaktowy blok, nisko zamknięte przestrzenie między liniami, cierpliwość w kluczowych momentach. Niemcy dominowali statystycznie, ale nie tworzyli czystych sytuacji — a Orlando Gill w bramce Paragwaju był murem, którego nie dało się przebić. Nawet gol Jonathana Taha z rzutu rożnego w dogrywce został anulowany po interwencji VAR za faul na Gillu. Maroko, które cztery lata wcześniej w podobny sposób odesłało do domu Hiszpanię. Mimo że Holendrzy mieli więcej piłki, to Afrykańczycy stworzyli lepsze okazje, wyrównali w samej końcówce, a w karnych okazali się zimniejsi — Justin Kluivert trafił w słupek, Timber obok, a Summerville miał strzał obroniony przez Bono jedną ręką. Zwycięstwo przypieczętował Azzedine Saibari.
🇸🇪🤣 Zlatan Ibrahimović podbija internet swoimi reakcjami na odpadnięcia kolejnych reprezentacji z mundialu!
🗣️🇺🇸 „USA odpada. Czyli wasz American Dream się skończył. Następnym razem mówcie football, nie soccer, okej?”
🗣️🇵🇹 „Portugalia? Było blisko. Ale blisko to za mało”.… pic.twitter.com/Wgjp6047tO
— Newsy.Sportu (@Newsy_Sportu) July 8, 2026
Brazylia? Pięciokrotni mistrzowie świata przegrali w 1/8 finału z Norwegią 1:2. Spotkało ich najwcześniejsze odpadnięcie od 1990 roku, kiedy to w ćwierćfinale ulegli Argentynie. Erling Haaland zdobył dwa gole w 79. i 90. minucie, Ørjan Nyland obronił karnego Bruno Guimarãesa jeszcze w pierwszej połowie, a Neymar — wchodzący dopiero jako rezerwa — zdobył honorowego gola z 11. metra doliczonym czasie gry. „Canarinhos” mieli szanse, mieli gwiazdy, mieli presję historyczną na plecach — i przegrali z drużyną, która po raz pierwszy w historii dotarła do ćwierćfinału mundialu. Mimo to nie należy popadać w skrajność i twierdzić, że wielkie reprezentacje przestały być wielkie. Niemcy już w fazie grupowej przegrali z Ekwadorem 1:2 po golu Platy w końcówce. Holandia w grupie zremisowała z Japonią 2:2, ale sama pokazała, że nie zawsze domyka spotkania. Problem leży gdzie indziej — w przekonaniu, że sama nazwa na koszulce wystarczy, by przełamać zorganizowaną obronę.
🇮🇹🇧🇷To dość zabawne: mimo że reprezentacja Włoch nie gra na mundialu już trzeci raz z rzędu i może czekać na kolejny występ co najmniej 16 lat, wciąż pozostaje „nowszym” mistrzem świata niż Brazylia. Canarinhos ostatni raz sięgnęli po tytuł w 2002 roku, a Włosi w 2006.… pic.twitter.com/rJVruZDuT5
— Artur Banach (@hal0on) July 5, 2026
Dlaczego faworyci tracą grunt pod nogami
Biorąc pod uwagę kontekst turnieju, przyczyn upadku gigantów jest kilka i żadna z nich sama o sobie nie tłumaczy wszystkiego. Po pierwsze, nowy format 48 drużyn. Mistrz świata 2026 musi rozegrać aż osiem meczów w ciągu 39 dni, po długim sezonie klubowym, z podróżami między sześcioma strefami czasowymi i szesnastoma stadionami w trzech krajach. To nie jest drobna kosmetyka, ale realne obciążenie fizyczne i psychiczne, którego nie odczuwają w równym stopniu drużyny grające krótsze sezony lub mniej wymagające mecze w fazie grupowej. Po drugie, luka między resztą świata a światem, gdzie dominują faworyci, się zawęziła. Paragwajczycy, Marokańczycy czy Norwegowie mają w składach zawodników z Premier League, La Liga czy Bundesligi. Outsiderzy nie wchodzą już na boisko z kompleksem mniejszości. Wchodzą z planem taktycznym, który w fazie pucharowej może być skuteczniejszy niż piękna gra w posiadaniu.

Po trzecie, presja. Niemcy po mistrzostwie z 2014 roku dwukrotnie odpadli z fazy grupowej. Teraz po raz trzeci z rzędu zakończyli mundial poniżej oczekiwań. Julian Nagelsmann prawdopodobnie będzie musiał odpowiadać na pytania o swoją przyszłość. Holandia nosi na sobie klątwę karnych. Brazylia od 2002 roku nie sięgnęła po mistrzowski tytuł, a Neymar — wracający po kontuzji — nie zdołał przekuć swojej obecności w zwycięstwo. Gdy na wadze kładzie się oczekiwanie całego narodu, każdy błąd staje się dramatem, a słabszy rywal, niemający nic do stracenia, gra swobodniej. Nie powinno umknąć, że w piłce nożnej remis w fazie pucharowej to de facto porażka faworyta. Niemcy i Holandia nie przegrały w regulaminowym czasie i właśnie dlatego ich dramat jest jeszcze bardziej dotkliwy. W systemie, w którym jeden mecz decyduje o wszystkim, umiejętność trafiania z 11. metra staje się równie ważna jak jakość gry w polu.
Czy da się to naprawić w przyszłości
Patrząc na to, co wydarzyło się w USA, odpowiedź brzmi tak, ale nie przez powrót do mitu o niepokonanych gigantach. Naprawa wymaga zmiany myślenia, nie tylko składu. Po pierwsze, szacunek wobec rywala. Alfaro w Paragwaju został skrytykowany po słabej fazie grupowej i porażce 1:4 z USA oraz zaledwie dwóch golach w trzech meczach. Przeciwko Niemcom postawił wszystko na obronę — i wygrał. Faworyci muszą przygotowywać się taktycznie do każdego przeciwnika, a nie zakładać, że 70% posiadania piłki automatycznie przekłada się na awans.
Po drugie, skuteczność w decydujących momentach. Brazylia zmarnowała karnego, Holandia trafiła w słupek w serii „jedenastek”, Niemcy nie potrafili przebić niskiego bloku. To nie jest kwestia talentu, ale zimnej krwi i konkretnych rozwiązań na boisku, gdy schemat przestaje działać. Po trzecie, głębia kadry i rotacja. W turnieju z ośmioma meczami nie da się przez miesiąc polegać na jedenastce gwiazd. Reprezentacje, które grają dalej: Hiszpania, Argentyna, Francja — łączą jakość z pragmatyzmem i umiejętnością dostosowania się do rywala.

Mundial, który zmienia wizję gry
Ostatecznie mistrzostwa świata 2026 mogą okazać się punktem zwrotnym. Format 48 drużyn nie zabił emocji, ale wręcz przeciwnie, dał przestrzeń drużynom z Afryki, Ameryki Południowej i Azji, by pokazały, że mundial nie należy już wyłącznie do garstki europejskich i południowoamerykańskich kolosów. W symulacjach sprzed turnieju Hiszpania i Argentyna jako faworyci mieli największe szanse na mistrzostwo. Łączna szansa, że wygra ktoś, kto już kiedyś to uczynił, wynosiła zaledwie 74%. Reszta należy do tych, którzy potrafią zaskoczyć. Pytanie więc, czy więcej takich niespodzianek nas będzie czekać. Prawdopodobnie tak. Austria ze zorganizowanym pressingiem może zatrzymać Hiszpanię, Maroko po pokonaniu Kanady 3:0 wyglądało jak drużyna gotowa na kolejne wyzwania, a Norwegia z Haalandem na fali ma szansę dotrzeć jeszcze dalej niż do ćwierćfinału. Włochy nie pojawiły się na mundialu po raz trzeci z rzędu — i to też jest znak czasów.
🇸🇪🤣 Zlatan Ibrahimović podbija internet swoimi reakcjami na odpadnięcia kolejnych reprezentacji z mundialu!
🗣️🇺🇸 „USA odpada. Czyli wasz American Dream się skończył. Następnym razem mówcie football, nie soccer, okej?”
🗣️🇵🇹 „Portugalia? Było blisko. Ale blisko to za mało”.… pic.twitter.com/Wgjp6047tO
— Newsy.Sportu (@Newsy_Sportu) July 8, 2026
Jednak nie należy popadać w skrajność i ogłaszać końca ery wielkich reprezentacji. Brazylia i Niemcy łącznie zdobyły dziewięć mistrzostw świata. To dziedzictwo, którego nie wymazuje jeden turniej. Niemcy wciąż mają młodych zawodników i potencjał odbudowy, choć jak przyznał po meczu Amiri: – Ból porażki utrudnia patrzenie w przyszłość. Brazylia musi znaleźć odpowiedź na pytanie o pokolenie po Neymarze. Holandia – o sposób na przełamanie klątwy karnych. Mundial 2026 nauczył nas jednego: w futbolu wielkość mierzy się nie rankingiem sprzed turnieju. Ważne jest, co dzieje się na boisku przez 90 minut. Kolosy wciąż stoją, ale glina pod ich nogami okazała się bardziej krucha, niż sądziliśmy. I być może właśnie dlatego ten turniej będzie pamiętany jako ten, w którym słabsi przestali być słabsi, a faworyci musieli się tego nauczyć na własnej skórze.